„Proszę Pana tu jest zamieć!” – Szrenica (1362 m n.p.m.)

0
[Wpis po raz pierwszy opublikowany został 19 stycznia 2012 roku]

Mniej więcej taki okrzyk rozległ się w słuchawce telefonu jednego z karkonoskich schronisk kiedy dzwoniąc zapytałem o warunki „na górze”. W zasadzie w pierwszej wersji to Śnieżka (1602 m n.p.m.) była celem naszej wyprawy. Warunki pogodowe śledziłem przez kilkanaście dni, by ostatecznie podjąć decyzję, że na pierwsze zimowe wejście, w mojej (naszej patrz. zespół) historii turystyki górskiej, najwyższy szczyt Karkonoszy może okazać się trudny. Nie wiem czy kierowałem się bardziej strachem czy rozsądkiem. Myślę, że stwierdzenie „brak doświadczenie” będzie tu właściwie. Ale nic straconego. Na szybko ogarnąłem temat i rzuciłem propozycję Szrenicy (1362 m n.p.m.). Oczywiście pojawiły się małe głosy zawodu ze strony moich niestrudzonych w bojach kolegów, ale wynegocjowałem w końcu szczyt nieco mniejszy, choć jak się okazało całkiem wymagający pod względem panujących warunków atmosferycznych.

Z bazy wypadowej we Wrocławiu wyruszyliśmy w sobotę około 5.30 rano. Zanim jednak obraliśmy kierunek na Szklarską Porębę, musieliśmy zawrócić ze stacji paliw ponieważ mój „japoński zaginacz przestrzeni” odmówił zatankowania się. Szybko przenieśliśmy graty do nieco pewniejszego pojazdu, rodem zza zachodniej granicy i pognaliśmy przez śpiące jeszcze miasto po Stasia, który…czekał od blisko 30 minut na ławce, przy całodobowej budce z napojami. Z humorem adekwatnym do wczesnoporannej godziny wyjechaliśmy na autostradę, mając przed sobą blisko 140 km trasy. O dziwo, do samej Szklarskiej Poręby warunki na drogach były dobre. Jedynym zaskoczeniem była mała zamieć na wysokości Bolkowa. Na szczęście przejściowa.

Do Szklarskiej dojechaliśmy około 8.00. Samochód zostawiliśmy na parkingu przy Szosie Czeskiej, skąd szlak czerwony biegnie na Szrenicę. Mimo że o tak wczesnej porze parking był pusty, to znienacka pojawił się Pan Parkingowy z ofertą nie do odrzucenia. W myśl parkingowej reguły „im dłużej, tym taniej”, zrzuciliśmy się na całodniowy bilet i kontroler zniknął niczym wchłonięty przez mgłę. Kilka pamiątkowych fotografii, ekspozycja nowych akcesoriów oraz sprzętu i można było ruszyć w trasę. Oczywiście nie obyło się bez odpowiednich, motywujących dialogów i hasła, które na stałe zagościło w naszym turystycznym słowniku czyli „więcej sprzętu niż talentu”. Pełni pozytywnych emocji ruszyliśmy w nieznane.

szrenica 2

Śnieg na szlaku do Wodospadu Kamieńczyk (846 m n.p.m.) był mocno ubity i szło się lekko. Jednak sądząc po śladach na trasie, a raczej ich braku, łatwo było się domyślić, że jeszcze nikt przed nami tego dnia nie szedł tą drogą. Do najwyższego wodospadu w polskich Sudetach nie udało nam się podejść, gdyż na przeszkodzie stanęła zamknięta bramka. Dalej szlak prowadził cały czas delikatnie pod górę. Na dość szerokiej drodze zalegało trochę świeżego puchu ale nie sprawiało nam to jakiś szczególnych trudności. Niesamowite wrażeniem robiły natomiast uginające się pod ciężarem białego puchu drzewa, którym śnieżna pokrywa dodawała masywności i powagi. Na uwagę zasługiwał również śnieg formułujący się w zaspy po obu stronach szlaku. Idąc pod górę trzeba było uważać, żeby nie zboczyć zbytnio na lewą stronę, bo tam momentami czekał nieśmiało sączący się, zamaskowany grubą warstwą śniegu strumyk.

szrenica zimą 1

Po drodze ciszę, którą było nam dane się delektować, zaburzył jedynie sunący z zawrotnie niską prędkości ratrak. Gdzieś w międzyczasie szlakiem pomknęło również dwóch narciarzy, a przy podejściu na Halę Szrenicką wyprzedził nas pan w jeansach.

W pewnym momencie mijaliśmy dość sporą zaspę śnieżną, a właściwie odcinek strumienia otoczony wysokimi zwałami śniegu. Najpierw delikatne badanie terenu kijkiem trekingowym przez Lucky’ego 1. Potem coraz śmielsze kroki w kierunki krawędzi przydrożnego nawisu. Aż wreszcie skok na drugą stroną w śnieg po pas. Po skoku przyszedł jednak czas na eksplorację „dziury” w którą wpływał strumień. Prawdopodobnie był to wyjątkowo mocno zasypany mostek, jednak nie mieliśmy takiej pewności. Do Lucky’ego 1 przyłączył się Stasiu, który swoim nowym butom rzucił wyzwanie wskakując, a raczej ześlizgując się do strumyka. Dalsze przedzieranie się śladami strumyka nie miało sensu, gdyż otwór był zdecydowanie za wąski aby któryś ze śmiałków przecisnął się dalej, w głąb. Po tym małym, nieplanowanym postoju ruszyliśmy dalej, w kierunku pierwszego tego dnia schroniska.

Warunki pogodowe na Hali Szrenickiej stanowiły mały przedsmak tego, co działo się „na górze”. Obchodząc schronisko wokół śnieg dość intensywnie zacinał, a mgła robiła się coraz gęstsza. Sam budynek schroniska wyglądam na opuszczony. Śnieg zachodził wysoko pod okna. Z komina nie ulatywał dym. Słowem – obiekt widmo. Ale w środku mimo wszystko kręcili się jacyś ludzie. W końcu znaleźliśmy wejście i postanowiliśmy choć na chwilę się ogrzać i uzupełnić poziom cukru w organizmach. Jednak nasz pobyt wewnątrz był na tyle krótki, że jakakolwiek ocena obiektu z mojej strony byłaby mocno nie obiektywna.

Na Szrenicę pozostało nam jeszcze jakieś 20 – 25 minut drogi. Podążając wzdłuż pnących się w kierunku szczytu tyczek kierunkowych brnęliśmy przed siebie. Nie chcę sobie wyobrażać jak trudna byłaby wędrówkach gdybym nie zabrał ze sobą gogli. Śnieg niemiłosiernie zacinał, powodując bardzo nieprzyjemne kłucie w nieosłonięte oczy. Jednak okulary narciarskie, które posiadałem rozwiązały skutecznie ten problem.

Droga na szczyt przypominała krajobraz rodem z innej planety. Mroźnej, targanej wiatrami, gdzie słońce nigdy nie pozwala cieszyć się swoim ciepłem. Drzewa po drodze wyglądały jakby dawno już przestały walczyć z żywiołem, poddając się jego sile. Na szczycie rządzili Śnieg i Mróz. Głębokie zaspy oraz kilkunasto centymetrowy szron na wszystkim co znajdowało się na wierzchołku Szrenicy. I schronisko. Kolejne, wyglądające na opuszczone, do którego wejście skutecznie, wraz z narastaniem śnieżycy, stawało się mało widoczne. Ale po otworzeniu drzwi, do środka zapraszało przyjemne ciepło.

W tym miejscu postanowiliśmy zostać troszkę dłużej. W grę wchodził bowiem ciepły posiłek i zredukowanie wagi plecaków poprzez zjedzenie zabranych smakołyków. Wczesne popołudnie umilały nam więc schroniskowa grochówka i żurek oraz sklepowe pure z „boczkiem”. Dla stworzenia jeszcze przyjemniejszego klimatu Lucky 1 włączył świąteczne oświetlenie sali, w której siedzieliśmy. Jako, że tego dnia byliśmy w schronisku prawdopodobnie pierwszymi wędrowcami, pani z obsługi popatrzyła na nas łaskawszym okiem.

Nasza dalsze trasa prowadzić miała do schroniska PTTK „Pod Łabskim Szczytem”. Przy dość nieciekawych warunkach pogodowych nie bardzo orientowałem się jak przejść na szlak biegnący przez Mokrą Przełęcz (1290 m n.p.m.) ku schronisku. Z pomocą przyszedł nam jeden z pracowników obiektu na Szrenicy. Wyglądem przypominający radzieckiego sztangistę z kategorii wagowej 69 kg, wyszedł na zewnątrz i objaśnił nam jak dalej poruszać się w tej zawierusze. Okazało się, że wystarczyło zejść kawałek szlakiem czarnym w kierunku, z którego przyszliśmy. Po niecałych 5 minutach doszliśmy do rozwidlenia szlaków, gdzie szlak czerwony, odbijający w lewo prowadziły grzbietem Karkonoszy ku wybranej przełęczy.

Po drodze, przy Trzech Świnkach, spotkaliśmy GOPRowca z młodymi adeptami, którzy ćwiczyli budowanie jam w śniegu. Kawałek dalej przyszedł mały kryzys. Mianowice mocno oszronione rękawiczki zaczęły nieprzyjemnie kleić mi się do palców, potęgując odczuwanie zimna. W pierwszej chwili założyłem drugą parę bezpośrednio na te, które już miałem. Nie była to jednak najlepsza decyzja. Mało przemyślany zabieg sprawił, że paluchy jeszcze bardziej zaczęły mi drętwieć. Z pomocą Przemka szybko ściągnąłem obydwie pary. Mokre wrzuciłem na plecaka i założyłem nieco mniej wygodne, ale cieplejsze i suche.

Szlak zielony z Mokrej Przełęczy do schroniska PTTK „Pod Łabskim Szczytem” prowadził łagodnym trawersem, lekko w dół. Tyczki kierunkowe były widoczne całkiem dobrze, więc ryzyko zboczenia z trasy w kierunku Kotła Szrenickiego było ograniczone. Odcinek, który pozostał nam do przejścia czyli tzw. Mokra Droga był w zasadzie w ogóle nie przetarty. Śnieg sięgał w do kolan, a momentami zapadaliśmy się do połowy ud. Nie zrażeni tymi warunkami ruszyliśmy pewnym krokiem przed siebie, zachowując szyk szwedzkiej drużyny hokejowej 😉 Lekki na przodzie najcięższy z tyłu. Z uwagi na mój wzrost i adekwatną do niego wagę (tak myślę ;)) to ja zamykałem formację. Nie była to rola najłatwiejsza. Lucky 1 i Stasiu, którzy szli na czele, stawiali kroki w wąskich, jak dla mnie, odstępach. Przemek z kolei, który szedł przede mną, zostawiał ślady praktycznie w jednej linii. Nie mogąc dopasować się do tak różnych kroków pozostałych członków drużyny przyszło mi mimo wszystko stawiać nogi w świeżym, głębokim śniegu, męcząc się niemiłosiernie.

Głęboki śnieg, silny wiatr i narastająca mgła sprawiły, że tego dnia prawdopodobnie ten odcinek był najbardziej wymagający i dostarczył najciekawszych wrażeń. Dodatkową atrakcją na szlaku była wspinaczka Lucky’ego 1 z jednym kijkiem w dłoni na oblodzone drzewo i skok w śnieg. Liczyłem co prawda na jakieś salto mortale, ale zwykły zeskok też zrobił na mnie wrażenie. Przed samym schroniskiem pojawiła się kolejna okazja na umilenie sobie wędrówki. O to wpadliśmy na pomysłem, że zjechać na siatkach lub plastikowej butelce aż do schroniska. Bo skoro sama siatka czy butelka suną po śniegu to dlaczego nie my? Błędne myślenie…

Do schroniska dotarliśmy po nieco ponad 1h marszu. Na miejscu można było poczuć już ducha cywilizacji – kila osób wewnątrz, muzyka z radio, sympatyczna pani zza lady. Rozsiadając się wygodnie przy jednym z wolnych stolików, delektowaliśmy się grzanymi napojami przed wyruszeniem do samochodu. Aby uniknąć spekulacji dodam, że kierowca nie pił.

szrenica zimą 3

Po ostatnim tego dnia postoju (nie licząc McDonalda) ruszyliśmy żółtym szlakiem do Szklarskiej Poręby. Na skrzyżowaniu szlaków wybraliśmy następnie zielony wariant drogi, który przecinając nartostradę, po blisko godzinie doprowadził nas na parking, gdzie kilka godzin wcześniej zaczęła się ta pierwsza w sezonie zimowym wyprawa. Droga powrotna nie oszczędziła nam jednak ekscesów. W pewnym momencie bowiem, idąc pewnie szlakiem moja noga zapadła się w śnieg prawie do kolana. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że unieruchomione kolano cofnęło się podczas gdy ja cały ciężar ciała przeniosłem do przodu, próbując kontynuować krok. Trzaśnięcie, które nastąpiło, usłyszał nawet Lucky 1 idący około 2 metrów przede mną. Cóż, nie próbowałem nawet udawać twardziela i położyłem się od razu na śniegu. Rozpiąłem nogawkę i wpakowałem sporą ilość śniegu dla złagodzenia pulsującego bólu. Stasiu pomógł mi rozprostować obolałą nogę i powoli, po kilku minutach zebrałem się. Nie ukrywam, że pierwszą myślą, która mi się pojawiła, to perspektywa znoszenia w dół przez chłopaków. Ale na szczęście mój syndrom „przeskakującej rzepki” był tego dnia łaskawy i udało mi się dotrzeć nieco obolałym krokiem do końca trasy.

Droga powrotna przygotowała również „pułapkę” na Lucky’ego 1. Trzymając się zbyt blisko lewej krawędzi drogi, prawdopodobnie zapomniał, że pod grubą warstwą śniegu czai się strumyk. W konsekwencji zapadł się prawie po pachwinę. Idąc dalej, zauważyliśmy, że odsłonięty strumyk znajdował się jakiej 1,80 m poniżej nas…Kiepska perspektywa zamoczenia się.

Skłamałbym gdybym powiedział, że trasa była trudna. Oczywiście męczyłem się na pewnych etapach, choćby brnąc w głębokim śniegu, ale schodząc już do samochodu czułem pewien niedosyt. Że tak krótko, mało, szybko… A może na pierwszy raz zimą wystarczyło i teraz można ruszać w trasy nieco bardziej wymagające? Myślę, że tak 😉

Do zobaczenia na górskim szlaku albo Facebooku

 

Komentarze

Share.

Comments are closed.