Pielgrzymki na Grzesia (1653 m n.p.m.)

0
[Wpis po raz pierwszy opublikowany został 26 marca 2012 roku]

Planując kolejną górską wycieczkę podczas pobytu w Tatrach skupiliśmy się na szczytach w rejonie Doliny Chochołowskiej. Już wcześniej pisałem, że sama dolina nie zachwyca mnie jednak niczym. Długa, monotonna, w połowie betonowa – tak w trzech słowach mógłbym ją opisać. Jedyną rzeczą, która skraca jej pokonywanie jest traktor – kolejka z wagonikami, dojeżdżająca mniej więcej do połowy odcinka. Korzystając z tej opcji transportu można zaoszczędzić trochę czasu i energii. Z taką właśnie wizją planowaliśmy podjechać owym traktorkiem i dalej udać się przez Grzesia i Rakoń (1879 m n.p.m.) aż na Wołowiec (2064 m n.p.m.). Jednak jak to podczas planowania bywa – plany nie zawsze pozwalają się zrealizować. Tym bardziej jeśli nie weźmie się pod uwagę pewnych pozasezonowych czynników – transportu.

Na początku marca nie ma co liczyć na kursujące z dużą częstotliwością busiki z Zakopanego w kierunku Doliny Chochołowskiej. Jakby tego było mało, w oczekiwaniu na busa coś mnie tknęło i postanowiłem zadzwonić do Informacji Turystycznej z zapytaniem od której kursuje traktoro – kolejka w Chochołowskiej. Okazało się, że poza sezonem ten zbawienny środek transportu nie wozi turystów. Był to kolejny cios o poranku. A wystarczyło zadzwonić dzień wcześniej…

zimowy szlak na Grzesia

Czekając na busa – yeti (wszyscy mówili, że jeździ, ale nikt go tego dnia nie widział), traciliśmy cenny czas gorączkowo rozmyślając nad nowym wariantem trasy. Pogoda była piękna, a my zamiast podchodzić już pod Grzesia czekaliśmy na przystanku w Zakopanem. Jeszcze kilka minut i wskutek narastającego napięcia wrócilibyśmy do pokoju. Ale o to nagle nadjechał – z majestatem wszedł w zakręt, lekko ubrudzony, z piszczącymi hamulcami – oczekiwany jak pierwsza gwiazdka na niebie podczas Świąt. Nie dając jednak po sobie poznać fali entuzjazmu, która nas zalała, niby od niechcenia wsiedliśmy do środka.

zimowy szlak na Grzesia 1

Godzina była już późna i z perspektywy krótkiego, zimowego dnia, zrealizowanie wcześniej przyjętej trasy mogło okazać się nieco problemowe. Zniechęceni oczekiwaniem na busa i świadomi monotonnego marszu doliną zdecydowaliśmy się obrać kierunek na Trzydniowiański Wierch (1758 m n.p.m.). Co do samego przejścia Doliny Chochołowskiej to mimo szczerych chęci nie nasuwa mi się żaden interesujący jej opis. Może wynika to z mojej niewiedzy, nieznajomości historii doliny czy jej bezpośredniego otoczenia. Sam nie wiem, to chyba jakaś wewnętrzna blokada. Może kiedyś minie, tak jak minęła moja nie chęć do wejścia na Giewont. Czekam z niecierpliwością na ten moment i czas, kiedy na blogu zagości iście epicki opis przejścia Chochołowskiej. Ale do rzeczy.

zimowy szlak na Grzesia 2

Mniej więcej na wysokości Wielkiego Kopieńca (1257 m n.p.m.) na lewo w las odbija czerwony szlak na Trzydniowiański Wierch. Po przejściu jednak kilkudziesięciu metrów wpadliśmy na pomysł żeby jednak wejść na Grzesia i delektować się panoramą z jego perspektywy. Jeśli chodzi o kwestie logistyczne to tego dnia byliśmy wyjątkowo niezorganizowani. Nie mam na to żadnego usprawiedliwienia.

Wróciliśmy więc na zielony szlak i udaliśmy się w kierunku Schroniska na Polanie Chochołowskiej. Ostatni odcinek trasy do schroniska umilał nam widok masywu Kominiarskiego Wierchu (1829 m n.p.m.). Majestatyczny i rozległy, kuszący swoją niedostępnością ze względu na szlak zamknięty ponad 20 lat temu.

zimowy szlak na Grzesia 4

Korzystając z pięknej pogody nie wchodziliśmy do schroniska, tylko od razu skierowaliśmy się na żółty szlak prowadzący na Grzesia. Mimo sporej ilości śniegu pokonanie odcinka od schroniska do wypłaszczenia pod szczytem nie zajęło nam więcej niż szacowany na znakach czas. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o Bobrovecke Sedlo (1351 m n.p.m.). Mimo że polski szlak na Grzesia omija Bobrowiecką Przełęcz, w okresie kiedy przechodziliśmy tamtędy ścieżka była wydeptana i ubita, dlatego też skusiliśmy się na 10 minutowe odbicie ze szlaku. Na przełęczy mogliśmy się przekonać o całkiem sporej ilości śniegu, którym przykryte były góry.

zimowy szlak na Grzesia 5

Z powrotem zeszliśmy do żółtego szlaku i lekko, pod górkę, ruszaliśmy ku Grzesiowi. Po blisko 30 minutach dotarliśmy do wypłaszczenia przed ostatecznym podejściem na szczyt. W tym miejscu ruch okazał się być całkiem spory. Obok grupy kilkunastu adeptów zimowego szkolenia górskiego cały czas przewijali się turyści, a to idący w kierunku Grzesia, a to schodzący z tamtego kierunku. W tym miejscu z nieznanych mi powodów Gregor postanowił, że zaczeka na mnie i odpuścił wpisanie na listę swoich górskich rekordów szczytu – imiennika. Nie zastanawiając się długo zrzuciłem z siebie plecak, założyłem kurtkę i pognałem przed siebie

Po drodze trochę żałowałem, że nie zabrałem raków, ale schodzące z góry „mocno dorosłe” już turystki, zmotywowały mnie, że nie ma co się ociągać tylko trzeba wbiec na ten szczyt i już. Podejście na Grzesia jest nieco złudne. Szczyt który turysta widzi przed podjęciem tego ostatecznego wysiłku nie jest bowiem wierzchołkiem właściwym. Sam Grześ ukryty jest nieco z tyłu, na zachód. Kiedy pokona się już te kilkaset metrów, a przed nami ukaże się już niesamowita panorama z górującym Wołowcem (2064 m n.p.m.), Grześ ujawnia się dopiero na prawo. A więc jeszcze 2 – 3 minuty spacerkiem i możemy delektować się Tatrami w pełnej okazałości. Oprócz Wołowca doskonale widać było Łopatę (1957 m n.p.m.), Jarząbczy Wierch (2137 m n.p.m.), Starorobociański Wierch (2176 m n.p.m.) a za nim Bystrą (2248 m.n.p.m.). Zza Wołowca nieśmiało wynurzały się również drapieżne Rohacze (Rohacz Płaczliwy 2125 m n.p.m. i Rohacz Ostry 2088 m n.p.m.). Mimo stosunkowo późnej już godziny dało się dostrzec grupki udające się przez Rakoń (1879 m n.p.m.) w kierunku Wołowca. Być może część z tych osób schodziła do Doliny Chochołowskiej szlakiem zielonym, tzw. Szeroką Drogą. Chyba wtedy wolałem tak myśleć, niż zazdrościć, że ktoś może tego dnia wejść na Wołowiec.

zimowy szlak na Grzesia 6

Pogoda była piękna, widoki zdumiewające, a Gregor czekał na dole. Nie pozostawało nic innego jak kilka pamiątkowych fotek, kilkanaście sekund zadumy i szalony bieg w dół. Po drodze kilka razy wpadłem prawie do połowy uda w głęboki, zmrożony śnieg ale na szczęście góry tego dnia były dla mnie wyrozumiałe i obyło się bez żadnych bolączek. Po niecałych 10 minutach dotarłem do Gregora, który zapewne nie żałował, że został na dole, ponieważ zastałem go w towarzystwie 4 turystek z Wadowic (pozdrawiam serdecznie).

zimowy szlak na Grzesia 11

Droga w dół miała przebiegać w atmosferze siatkingu, ale spora liczba skiturowców wędrujących na szczyt skutecznie uniemożliwiała zrealizowanie tego pomysłu. W schronisku znaleźliśmy się stosunkowo szybko. Co prawda tego dnia nie mogliśmy liczyć już na zrobienie czegoś „większego”, więc pozostało jedynie poddanie się działaniu rozpieszczającym promieniom słońca. Zimny napój wyskokowy obok powstałego w tajemniczy sposób iglo i wkrótce przyszedł czas na zmierzenie się z drogą powrotną. Dolina Chochołowska nie odpuszcza nigdy 😉 Przez pierwsze kilkanaście minut marszu dane nam było cieszyć się jeszcze widokiem Kominiarskiego Wierchu przed nami i masywem Wołowca na południu. Dalsza część trasy przebiegała już jednak „bez zakłóceń”. Po drodze minęły nas jeszcze lekko sunące sanie, a w nich para męsko – męska, tkwiąca w czułym uścisku. Jak widać w Dolinie Chochołowskiej można znaleźć jednak magię.

Do zobaczenia na górskim szlaku albo Facebooku

Komentarze

Share.

Comments are closed.