Najmniejszy na koniec – Chełmiec (851 m n.p.m.)

0
[Wpis opublikowany został po raz pierwszy 22 grudnia 2011 roku]

To już ostatni opis z trylogii pewnej sobotniej wyprawy na szczyty Korony Gór Polski. Poprzednie dwa wpisy opublikowane zostały kolejno jako Wielka Sowa zimą i Waligóra – nisko i mglisto.

Po wyjeździe z Andrzejówki kierowaliśmy się w Rybnicy Leśnej na lewo, na Unisław Śląski. Stamtąd drogą nr 35 na Wałbrzych. W mieście GPS nie przydał się za bardzo, bo założyliśmy, że podjedziemy możliwe jak najwyżej samochodem i ciężko było wprowadzić obrany przez nas punkt do tego „niezwykle pomocnego” urządzenia. Na szczyt Chełmca (851 m n.p.m.), biegną w zasadzie trzy szlaki: żółty z Wałbrzycha, zielony oraz niebieski z miejscowości Boguszów – Gorce, na którą kierowaliśmy się droga nr 367.

Wybraliśmy wariant „niebieski” (będący częścią europejskiego długodystansowego szlaku pieszego E3). W Boguszowie – Gorce za punkt orientacyjny, który wprowadzić nas miał na szlak, obraliśmy budynek poczty, przed którym (według mapy) należało skręcić w prawo. Jednak, jak to z reguły bywa podczas takich wypraw, plany aktualizowane są szybciej, niż ktokolwiek zdąży zaoponować i w pewnym momencie Lucky 1, który z zaangażowaniem pełnił rolę pilota, wyczytał z mapy, że właśnie „tutaj” można skręcić na prawo i dojedziemy szybciej… Optymizm i wizja, krótszej trasy rozpłynęły się w momencie gdy skończył się asfalt, a zaczęła droga naszpikowana znakami „Uwaga Dziury”. Mimo, że mój japoński zaginacz przestrzeni przystosowany jest do dłuższych i spokojnych podróży, to zawieszenie na krótkim i wymagającym terenie rodem z rajdu Dakar, spisało się wyjątkowo dobrze. Jadąc drogą biegnącą u stóp Mniszka (711 m n.p.m.), Chełmiec mieliśmy cały czas po prawej stronie. W pewnym momencie droga połączyła się ze szlakiem niebieskim, jednak nie mieliśmy gdzie pozostawić samochodu. Z mapy wynikało, że powinniśmy dojechać do zabudowań po drugiej stronie Mniszka. Po kilku minutach dotarłszy do cywilizacji zaparkowaliśmy samochód na chodniku i ruszyliśmy ku ostatniemu tego dnia szczytowi.

chełmiec 1

Niebieski szlak prowadzi najpierw u podnóża Mniszka, a następnie skręca i delikatnie wiedzie przez pole ku zabudowaniom. W miejscu pierwszych domków przy podejściu na Chełmiec, szlak wchodzi w linię lasu. Następnie prowadzi delikatnie pod górę, dnem małego wąwozu. Tego dnia odcinek podejścia wąwozem był chyba najbardziej wymagający. Nie mogę napisać, że był trudny, bo tak nie było. Jednak uszło ze mnie trochę energii. Po pierwszym dłuższym podejściu szlak odbija w lewo, delikatnie wijąc się do góry. W tym miejscu zatrzymajmy się na chwilę. Przez kilkanaście metrów szlak prowadzi czymś w rodzaju wyschniętego koryta strumienia – ostro nachylone ściany, wąskie dno. Najszybciej odcinek ten pokonać można przeskakujące z prawa do lewa. Tak też zrobił Lucky 1. Jednak w pewnym momencie zamiast w bok, wcelował w środek – a tam niespodzianka. Ukryta pod stertą liści kłoda. Spektakularny wyrzut nóg w górę, próba podtrzymania się kijkiem i upadek na „cztery litery”. W tańcu z gwiazdami zaprezentowana figura z pewnością zasługiwała by na notę przynajmniej 9. W ówczesnych warunkach skończyło się na sporej dawce śmiechu i dość nienaturalnie wygiętym kijka trekingowym.

chełmiec 2

Ale „nie takie rzeczy my ze szwagrem robili”, cytując zasłyszane na tatrzańskim szlaku turystyczne przechwałki, i ruszyliśmy dalej. Szlak biegł spokojnie lasem, w kilku momentach lekko pod górkę. Lucky 1 słusznie zauważył, że to wymarzona trasa dla amatorów rowerowych rajdów po górach. Z ciekawostek można dodać, że w 2004 na zboczach Chełmca odbyły się mistrzostwa Europy w downhill.

Po około 40 minutach marszu doszliśmy do miejsca gdzie szlak niebieski łączy się z zielonym. Tutaj też leśna ścieżka zamienia się w szeroką, szutrową drogę, która prowadzi aż na sam szczyt, na którym znaleźliśmy się po około 15 minutach. Jeśli chodzi o wrażenia z wierzchołka to muszę przyznać, że w zasadzie nie zaskakuje niczym. Na górze znajduje się wielki maszt telekomunikacyjny i zapewne jeszcze większy krzyż. W zasadzie nie oczekiwałem wiele, ale… Szczyt wyglądał jak lokalne, dzikie wysypisko. Miałem wrażenie, że ludzie podejmują trud wejścia na górę tylko po to, żeby zostawić tu worek ze śmieciami z całego tygodnia. Puszki, butelki, opakowania po proszkach. W zasadzie czego tam nie było.

chełmiec 3

Pamiątkowa fotografia, batonik na wzmocnienie i szybki marsz do samochodu tą samą trasą. Mimo że robiło się już szaro, to po drodze spotkaliśmy jeszcze pana, który z wielką determinacją wjeżdżał rowerem w kierunku wierzchołka. Szacunek dla niestrudzonego rowerzysty i pozdrowienia dla Stasia, który nie mógł uczestniczyć w całej, opisywanej wyprawie.

Do zobaczenia na górskim szlaku albo Facebooku

 

Komentarze

Share.

Comments are closed.