Chwilowy brak grawitacji

1

Ostrożnie wykonaliśmy w tył zwrot i po krótkich oględzinach doszliśmy do wniosku, że nie ma innej drogi niż przejście szczytu samą jego granią. Z ostatniego w szyku stałem się prowadzącym. Po kilku machnięciach czekanem osiągnąłem małe wypłaszczenie.

Widok ścieżki, która dalej biegła do szczytu, wywołała głupi uśmiech na mojej twarzy. Postanowiłem zaczekać, aż Gregor i Przemek dołączą do mnie by wspólnie podjąć decyzję „jak to dalej zrobić”. Po prawej stronie (północny – zachód) widniał stromy, niemal pionowo opadający stok do Doliny Suchej Kondrackiej. Przed nami z kolei, do pokonania znajdował się, wystający nieco poza ścieżkę, fragment zbocza, który wymagał obejścia. Mianowicie, trzeba było się lekko odchylić, zręcznie zamachnąć prawą ręką tak, by czekan dosięgnął skał powyżej, a następnie trochę nagimnastykować się, by przerzucić nogi przez to przewieszenie. Nie wiem, jak ten odcinek wygląda latem, ale najwyraźniej zima postanowiła zrobić z tego szczytu małą fortecę. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt, że im bliżej szczytu, tym skały stawały się bardziej odsłonięte, przez co ciężko nam było operować czekanem i rakami. Z jednej strony trudno było się wbić w górę, na tyle by mieć pewność, że jest się „przyklejonym”, z drugiej natomiast strony lodu było tam wystarczająco, żeby zaliczyć poślizg swobodny lot. Ścieżka również była na tyle wąska, że należało stawiać stopę tuż za stopą, tak by zmieścić się na skromnym odcinku…

Kiedy „chłopaki” dotarli do mnie, postanowiliśmy wybrać szczęśliwca (tak, wiem jak to brzmi ;)), który jako pierwszy będzie mógł postawić stopę na tym dziewiczym przejściu. Padło na Gregora. Piszę teraz o tym ze swobodą, może i nawet nutka humoru gdzieś się wkradła, ale prawda jest taka, że wszyscy, tam na górze, mieliśmy „ciepło”. Po kilku uwagach, co do przejścia, Gregorowi udało się wskoczyć na kolejne wypłaszczenie, tuż za opisywanym, trudnym odcinkiem. Od razu usiadł, zaparł się rakami i wbił czekan, gotów do zapewnienia nam jakiejkolwiek asekuracji. Kiedy przyszła kolej na Przemka, zapytał tylko o jedno: „jak ja mam kur… tu nogi postawić?”. Gregor od góry podał Przemkowi kijek trekkingowy, ja nieco z tyłu asekurowałem go, aby bezpiecznie się wdrapał. Last but not least i mnie przyszło zmierzyć się ze strachem. Podciągając się już na wypłaszczenie, poczułem coś w rodzaju „braku grawitacji” i dużego przypływu gorąca, coś co zwiastowało, że odchylenie mojego ciała w stosunku do stoku w pewnym momencie stało się trochę większe, niż powinno. Zdążyłem się złapać nogi Gregora i wyciągnąć jeszcze dalej prawą rękę, głęboko osadzając czekan między skałami. Byliśmy w komplecie ;).

wp_000071

Po dotarciu do wschodniego wierzchołka musieliśmy pokonać około 5 – 7 metrowe zejście do przełączki, a następnie przez zachodni wierzchołek, zakończyć przygodę ze szczytem. Bez emocji się nie obyło. Technika zejścia – dowolna. Przodem, tyłem, bokiem, jakkolwiek, byleby zachować 3 punkty podparcia i jak największą powierzchnią ciała przylegać do grani. W zasadzie wyglądało to jak pełzanie. Nie ma co ukrywać, było tam baaardzo wąsko, tak, że w pewnym momencie Przemek zdecydował się kontynuować schodzenie „okrakiem”. On również poczuł wspomniany wyżej, chwilowy „brak grawitacji”, kiedy zaplątał się niefortunnie rakiem o nogawkę spodni, rozrywając przy tym stuptuta. Kiedy nadszedł czas na krótkie podejście pod zachodni wierzchołek, oglądnąłem się za siebie, chcąc się upewnić, jak radzi sobie Przemek. Gdy zobaczyłem, że nie ma go za mną, ugięły mi się nogi. W ciągu 1 – 2 sekund przed oczami przeleciał mi cały ciąg wydarzeń – powrót do domu, widok Przemka żony, dzieci, pytania…Coś strasznego! Co się później okazało – mój towarzysz przykucnął na przełączce, by poprawić podarty stuptup, a kolor jego ciemnej krótki zlał się ze skałami za nim. Przy braku moich okularów i zmęczeniu, po prostu go nie zauważyłem! Jaka była moja radość, gdy tylko się wynurzył!

Żeby uregulować ciśnienie i ochłonąć choć odrobinę z emocji, przysiadamy na szybki łyk herbaty i czekoladę dla energii. Przed nami kolejne wyzwanie – Suche Czuby Kondrackie. Szlak letni prowadzi trawersem przez południowe zbocze, oszczędzając turystom mocnych ekspozycji, które kryją się po północnej, polskiej stronie grzbietu. Ale nie ma to tamto, przejście zimą południowej strony okazało się równie wymagające. Wąska ścieżka, na której nie było wystarczająco dużo miejsca, by postawić dwie stopy obok siebie. Bardzo ostrożnie, powoli, krok za krokiem, przesuwaliśmy się do przodu. Po prawej stronie dotykałem praktycznie zbocza ciałem, jakbym był do niego przyklejony. Po lewej z kolei rozciągała się Cicha Dolina i długi, kilkusetmetrowy zjazd do niej. Dopiero niedawno doczytałem, że po tej właśnie stronie, na słowacką część, schodzą ogromne lawiny, dlatego należy unikać tego przejścia, szczególnie zimą…

Długo zastanawiałem się, jak przejść ten odcinek. Granią? W teorii granią najbezpieczniej. W praktyce, dziękuję. Czekan w prawej ręce, kijek trekingowy w drugiej i z duszą na ramieniu robię krok za krokiem, cały czas obserwując Przemka i Gregora, idących kilka metrów przede mną. Na prawo kilkunastometrowe zbocze (prawie ściana), na lewo zjazd i ogromne ilości śniegu. Przy takich warunkach nieszczęśnika szukać moglibyśmy godzinami… Odrzuciłem jednak szybko tę myśl. Kilka razy w ciągu tego przejścia poczułem, jak zbyt mocno odchylam się w lewo… i od razu mocniej przywarłem do stoku (w sumie ściany), wbijając się czekanem. W pewnym momencie przyszło nam nawet mijać się z kilkoma turystami, idącymi z przeciwnej strony. To doświadczenie było mało przyjemne.

Ostatnia dawka emocji przyszła na odcinku Mała Sucha Czuba Kondracka (1840 m n.p.m.) – Suchy Wierch Kondracki (1890 m n.p.m.). Przejście przez tą przełęcz, znajdujące się w głównej grani Tatr Zachodnich, odbyliśmy w całkowitej nieświadomości; co prawda cały czas w pełnym skupieniu, zachowując bezpieczne odległości między sobą… W końcu przeszliśmy odcinek. Nie wiem, czy zmęczenie jakie nam towarzyszyło, wywołane było bardziej wycieńczeniem fizycznym czy wynikało z ciągłego skupienia i obserwowania terenu – tu coś się posypało, tam zsunęło się troszkę śniegu. Pisząc jednak o „nieświadomym przejściu”, nie wiedziałem, że po słowackiej stronie stoku znajduje się jedna z odnóg Wielkiego Żlebu Kondrackiego, gdzie droga lawin sięga aż dna Cichej Doliny: „Lawina z lutego 2000 wyłamała las nie tylko po północnej stronie doliny. Przecięła potok i sięgnęła na zbocze Kop Liptowskich około 100 m ponad dnem Doliny Cichej. Jej szerokość przy dnie doliny wynosiła blisko 500 m. Resztki lawiny, przykryte izolacyjną warstwą drzew (…) przetrwały do następnej zimy. Drwale i kierowcy 10-tonowych ciężarówek mieli robotę na dwa lata.” Wikipedia za Władysław Cywiński: Kasprowy Wierch – Tatry. Przewodnik szczegółowy, tom 13. Latchorzew: Wyd. Górskie, 2008. ISBN 978-83-7104-038-2.

wp_000073

Dalsza droga, już przez Suchy Wierch Kondracki (1890 m n.p.m.), przebiegała dość spokojnie. Był to ostatni szczyt, z którym przyszło nam się zmierzyć tego dnia. Przejście szerokim grzbietem nie przedstawiało już żadnych trudności. Po drodze spotkaliśmy jeszcze śmiałka, który na rowie grzbietowym, po północnej stronie pod szczytem, przygotowywał sobie platformę pod namiot 😉

Na Przełęczy pod Kopą Kondracką (1863 m n.p.m.), tak jak się spodziewaliśmy – dzikie tłumy. Nic dziwnego – Dojście z Doliny Kondratowej od północnej strony nie przysparza najmniejszych problemów, a jako punkt widokowy przełęcz jest warta odwiedzenia. Zejście do dna doliny zielonym szlakiem zajęło nam mniej niż 30 minut. Widok z góry, na biegnący do Doliny Kondratowej szlak i ludzi, poruszających się jak mrówki w górę i w dól, nasunął mi na myśl nową nazwę: „szlak przemytników”;). „Panowie i Panie, zakładamy kto co ma i hej w górę” – tak prawdopodobnie brzmiała komenda wymarszu dla większości mijanych turystów na podejściu pod przełęcz. „Adidaski”, letnie „pomykacze”, pseudo – walonki – oby do góry, przez śnieg, momentami skuty lodem. Taka dygresja z pogranicza ironii.

wp_000077

Nam biegło się całkiem przyzwoicie i po niedługim czasie mogliśmy się delektować zawartością piersiówki w schronisku PTTK na Hali Kondratowej. Emocje przebytej trasy „uspokajaliśmy” blisko 2 godziny, by następnie po ciemności wrócić do Zakopanego.

Wspomnę jeszcze, że z atrakcji „około turystycznych” w schronisku spotkaliśmy turystę wypisz – wymaluj wczesny Sylvester Stallone.

Resumując. Za każdym razem gdy jadę w Tatry zimową mówię sobie – to już ostatni raz, więcej zimą nie pojadę. Często bowiem bywa tak, że letnie warianty szlaków nie mają za wiele wspólnego z zimowymi ich wersjami. Ponadtwo słowo lawina wręcz mnie paraliżuje. Do tej pory najadłem się dużo strachu przechodząc szlaki, które w powszechnym mniemaniu wydawać się mogą dość proste typu, z serii „a my ze Szwagrem to nie takie rzeczy robili…”. Czuję jednak, że w miarę zdobywania doświadczenia w zimowej scenerii, moja przygoda nie skończy się zbyt szybko 😉

P.S. Zastanawiam się, czy po powrocie nie pominąłem żadnego ze szczegółów opowiadając Żonie „jak było”. Chyba jednak tak 😉

Do zobaczenia na górskim szlaku albo na Facebooku:

Komentarze

Share.