Klimczok (1117 m n.p.m.) w samym środku zimy

0
[Wpis po raz pierwszy opublikowany został 23 lutego 2012 roku]

Od ponad tygodnia regularnie śledziłem prognozy pogody i mocno zmartwiło mnie ocieplenie, które przyszło. Oczekiwałem mocnego, nawet kilkunastostopniowego mrózu, bo w takich warunkach bardzo często liczyć można na słońce, czyste niebo i co najważniejsze – piękne widoki.

W piątek, jeszcze przed wyjazdem zadzwonił do mnie Przemek i powiedział, że słyszał w radio, jakoby rejon, w który jedziemy (Żywiec, Szczyrk) był odcięty od świata i nawet najstarsi górale nie pamiętają tak dużych opadów śniegu.

Postanowiłem więc zadzwonić jeszcze do GOPR z zapytaniem o faktyczny stan na szlakach, ale w odpowiedzi usłyszałem, że jest bardzo ciężko ze względu na spory opad, a dużo szlaków pozostaje nieprzetartych. Nie mogłem wyobrazić sobie jednak zrezygnowania z wyjazdu. Po konsultacjach z zresztą drużyny ustaliliśmy, że jednak jedziemy, a na miejscu okaże się co dalej. Było to jednak jednoznaczne z tym, że wypuszczamy się na szlak na pewno, licząc że warunki pogodowe będą sprzyjające. Optymizm to podstawa. Perspektywa jazdy 250 km w jedną stronę i powrót tego samego dnia, bez zakosztowania prawdziwej zimy w górach nie wchodziła raczej w grę.

Pierwszy dzień wyprawy zaplanowałem bardziej, jako wyjście, które pozwoli Nam zapoznać się z panującymi na szlakach warunkami. Na pierwszy rzut miał iść Klimczok (1117 m n.p.m.), a następnie Skrzyczne (1257 m n.p.m.). Drugiego dnia wyruszyć mieliśmy na Pilsko (1557 m n.p.m.). Wszystko jednak zależeć miało od pogody.

 

Każdy w innym miejscu

Wyjazd zaplanowaliśmy z Nysy. Najpierw Stasiu dojechał koleją z Wrocławia do Namysłowa, gdzie czekałem razem z Przemkiem. Szybki transfer z dworca kolejowego i kierowaliśmy się już na Nysę. Na miejscu nocleg u Lucky’ego 1. Emocje związane z sobotnim wyjazdem ostudzała nieco konieczność wstania około 4.30 rano. Budząc się o tej porze można doznać ciężkiego szoku. Tym bardziej, jeśli człowiek kładzie się do łóżka po północy, jak to było w naszym przypadku. Gospodarz zadbał jednak o to, byśmy rano zbytnio się nie ociągali – błyskawiczna pobudka zapalonym światłem i wyjątkowo „ciepłe”, motywujące słowa postawiły nas szybko na nogi. Dzień od pierwszych minut zapowiadał się ciekawie. Z Nysy wyjechaliśmy około 5.30 rano. Warunki na drodze były dobre, jednak zdawaliśmy sobie sprawę, że sytuacja na miejscu może być zupełnie inna. Do Szczyrku dotarliśmy jednak bez najmniejszych problemów.

Niebieski, a może zielony?

Na Klimczok mieliśmy wchodzić szlakiem niebieskim, który mniej więcej na wysokości 3/4 odcinka łączy się ze szlakiem zielonym. Przegapiliśmy jednak skręt na parking, który znajdował się na trasie niebieskiego szlaku i skręcając kilka ulic dalej dotarliśmy w pobliże Hotelu Klimczok. Mieliśmy w zasadzie zawracać, ale okazało się, że jesteśmy w miejscu skąd również można dojść na szczyt tylko, że szlakiem zielonym. Na tym etapie podróży zdążyliśmy się także przekonać, że nie będzie łatwo, kiedy przy drodze korytarz tworzyły ponad 1,5 metrowe zaspy śniegu.

szlak na klimczok zimą

Bez zbytniego pośpiechu przygotowaliśmy się do wyjścia. Lucky 1 zabrał ze sobą także narty i przytroczył je do plecaka, by wnieść na szczyt i zjechać. Ja początkowo również miałem taki zamiar, ostatecznie jednak moje narty zostały w samochodzie. Rozwaga zwyciężyła, ponieważ – nie ukrywajmy – nie prezentuję poziomu pro, więc zjazd w nieznane z Klimczoka do Szczyrku przekraczał mój poziom talentu. Dodatkowo, konieczność targania z sobą dodatkowego obciążenia jakoś szczególnie mnie nie zachęcała. Słysząc później motywujące słowa, które Lucky 1 mruczał pod nosem pokonując głęboki śnieg, utrwaliły mnie w przekonaniu, że podjąłem dobrą decyzję.

Zakopany UAZ

Ruszyliśmy przed siebie, szlakiem biegnącym między zabudowaniami. Szybko okazało się, że dodatkowa warstwa odzieży i bielizny, które miałem na sobie była zbędna. Gdybym zabrał softshell, z pewnością nie przegrzałbym się tak, jak w kurtce założonej na koszulkę termoaktywną i bluzę z polarem. Ale cóż, twardo trzeba było brnąć dalej. Mimo że szedłem jako ostatni w zastosowanej tego dnia formacji, to i tak zapadałem się często do kolon w świeżym śniegu. Na początku trasa biegła między domkami, a po kilkunastu minutach szlak odbijała w prawo, pnąc się delikatnie pod górę, w las. Mimo że droga nie należy do najtrudniejszych, to w zastanych warunkach można było się nieźle spocić. Poruszanie się po śniegu, zwłaszcza bez rakiet, wiąże się z nieco większym wysiłkiem. Miękkie, zapadające się podłoże absorbuje bardzo dużo energii. Tym bardziej, że z każdym krokiem wiązała się możliwość nieco głębszego zapadnięcia się w śniegu.

szlak na klimczok zimą

Po około godzinie marszu doszliśmy do miejsca, w którym szlak zielony spotyka się z niebieskim, prowadzącym również ze Szczyrku na Klimczok. Dalszy odcinek drogi, aż do samego schroniska PTTK na Klimczoku, przetarty był przez kursujące co chwilę skutery GOPR. Jednak mimo to, szlak nie był ubity. Stawiając krok, oczekiwało się twardego podłoża, a tymczasem stopa nadal zapadała się. Bardzo dziwne uczucie, ciężko to w zasadzie opisać. Taki rodzaj „rozczarowania” czy też „zaskoczenia” można porównać np. do sytuacji, w której chcemy podnieść stojąca na stole butelkę i zakładamy, że jest pełna. Używamy większej siły i nagle wyrywamy wręcz butelkę do góry, bo okazuje się pusta. Myślę, że każdy wie o co chodzi ;). Pomimo 20 minut, które zwiastowała tabliczka kierunkowa do schroniska, nam przejście tego dystansu zajęło troszkę więcej czasu.

Po drodze natknęliśmy się jeszcze na mocno przysypany śniegiem wielozadaniowy samochód UAZ 452 Minibus. Obok takiego reliktu nie sposób było przejść obojętnie, dlatego nie obyło się bez małej sesji zdjęciowej.

Biegacze, fasolka i siatking – zjawiska na Klimczoku

Przy schronisku spotkaliśmy grupkę osób, w tym kilku goprowców, którzy czekali na – uwaga – nadbiegających ze Szczyrku uczestników biegu RMD Winter Run. Duży szacunek dla uczestników i uczestniczek zawodów. Po krótkim dopingu i oklaskach dla biegaczy, udaliśmy się do schroniska na krótką regenerację sił przed ostatnim podejściem na szczyt Klimczoka. W mojej ocenie schronisko dostaje plus za atmosferę i klimat gór, minusem niestety okazało się jedzenie. Zamówiona fasolka po bretońsku nie została niestety sklasyfikowana na listę TOP 10 posiłków schroniskowych ;). Po nieco dłuższym postoju, przyszedł czas na ostatnie na tej trasie podejście.

szlak na klimczok zimą szlak na klimczok zimą

Schodząc szlakiem w dół za schroniskiem, skierowaliśmy się ku szczytowi. Lucky 1, który zaraz po wyjściu założył swoje ultraszybkie narty, był już kawałek przed nami. Podczas, gdy my wdrapywaliśmy się na szczyt, on korzystał ze stoku biegnącego zboczem Klimczoka. Wejście na górę nie należy do trudnych, szlak jest raczej spacerowy. Jednak z uwagi na narciarzy szliśmy na skraju lasu, gdzie śnieg nie był jeszcze ubity. Po około 15 minutach osiągnęliśmy kopulasty wierzchołek. Pogoda niestety nie rozpieszczała nas za bardzo, więc oprócz znajdującego się w zasięgu kilku metrów od nas masztu z antenami telekomunikacyjnymi nie było nam dane cieszyć się panoramą.

szlak na klimczok zimą

Żeby nieco urozmaicić sobie zejście, postanowiłem spróbować zjazdu na reklamówce. Mimo że na pierwszym odcinku szło to troszkę opornie, to mniej więcej od połowy stoku, sunąc na brzuchu, osiągnąłem już całkiem zadowalającą prędkość. Jak się okazało, nie był to ostatni zjazd podczas naszej wyprawy, a ten rodzaj aktywności zyskał miano „siatkingu” lub „workingu” (wersja z workiem na śmieci).

Na drogę powrotną obraliśmy szlak niebieski. Nasza drużyna podzieliła się jednak. Lucky 1 wybrał wariant zjazdowy, więc nikt tak naprawdę nie wiedział dokąd zaprowadzą go narty. Umówiliśmy się jednak, że kiedy dotrze do samochodu, skontaktuje się z nami i ustalimy punkt odbioru naszej grupy. W drodze na dół przez pewien odcinek czas umilał nam mały czarny kundelek. Nie potrafię określić czy był bezpański, ale ochoczo merdał ogonkiem i pozwalał się głaskać za uchem. W pewnym momencie zaistniała nawet obawa, że dojdzie z nami do samochodu i będziemy mieli problem. Na szczęście nasz towarzysz w porę „przerzucił się” na mijających nas turystów.

szlak na klimczok zimą szlak na klimczok zimą

Muszę się przyznać, że w drodze powrotnej chcieliśmy być bardziej cwani, niż na to wyglądamy i zastanawialiśmy się nad skróceniem sobie drogi. Bardzo kusząco wyglądała bowiem opcja przeprawy przez głęboki śnieg. Pierwszy w zaspę skoczył Stasiu i zniknął…a właściwie zapadł się praktycznie po samą klatkę piersiową. Było trochę śmiechu i nadal chcieliśmy kontynuować nasz idiotyczny pomysł. W porę jednak pojawił się samotny, wiekowy wędrowiec, który inteligentnie wyperswadował nam podjętą inicjatywę. Nie chcę myśleć co by było gdyby… Stasiu wydostał się jakoś z zaspy, to pełzając na brzuchu, to podciągając się na kijkach trekingowych, które wyciągnęliśmy w jego stronę. Stanowczo nie polecam tego rodzaju „wycieczek” poza szlak. Mimo że droga wydaje się wyjątkowo prosta, a bajecznie uformowane zaspy śniegu kuszą, aby w nie brnąć, to wszystko jest tylko iluzją. W takiej ilości śniegu można naprawdę się „utopić”.

Dochodząc do miejsca, w którym zaparkowany był UAZ spotkaliśmy Lucky’ego 1, który brnął pod górę raz jeszcze odbyć zjazd. W tym miejscu zatrzymaliśmy się na nieco dłuższą chwilę, przez blisko 15 minut dając upust swojej głęboko ukrytej, dziecięcej naturze 😉 Uwaga, tylko dla ludzi o mocnych nerwach:

szlak na klimczok zimą

Zejście niebieskim szlakiem w kierunku Szczyrku obyło się bez większych emocji. Droga ta ma charakter mocno spacerowy, o czym świadczyła liczba osób mijanych pod drodze. Po drodze uczestniczyliśmy jeszcze w akcji wypychania samochodu, który ślizgał się na lodzie. Niestety, kierowca nawet nie pofatygował się, żeby podziękować…W zasadzie, po rejestracji nie spodziewaliśmy się nawet tego. Cóż, taki zwykły, ludzki gest.

Do zobaczenia na górskim szlaku albo Facebooku

Komentarze

Share.

Comments are closed.